Autor: Mariola Szczyrba

2016-07-20, Aktualizacja: 2016-07-20 21:08

Jak warszawiacy kupili Sarny, a książę Karol będzie miał czego żałować

Dwór Sarny w Ścinawce Górnej, zwany też zamkiem Scharfeneck, nie ma jeszcze swojego ducha. Ale jak mówi jego sąsiadka, zwana we wsi "Hrabiną z Saren", u niej jest Biała Dama, to i na zamku coś się znajdzie. Dwór chciała kilka lat temu przejąć fundacja księcia Karola, następcy brytyjskiego tronu, ale ostatecznie kupiła go spółka z Warszawy. Nowi właściciele planują udostępnić zamek zwiedzającym, a w potężnym spichlerzu stworzyć salę koncertową na 200 osób. Książę Karol będzie miał czego żałować - przekonują.

W drodze do Ścinawki Górnej na Dolnym Śląsku mijamy malownicze szczyty Gór Ścinawskich, lasy, bocznicę kolejową, krowy pasące się przy drodze, od czasu do czasu domy z szyldami "Agroturystyka". Wieś przecina rzeka Ścinawka, która łączy się ze swoim dopływem - Włodzicą. Z prawej strony do Ścinawki wpada Piekło, potok odprowadzający wody spod Gajowa, z lewej Szczyp, płynący z Góry św. Anny i Bieganowa.

Dwór Sarny na pierwszy rzut oka przypomina mały zamek z folwarcznymi budynkami. Taka jest też jego niemiecka nazwa - Schloss Scharfeneck, czyli po polsku "zamek na ostrym narożniku". Położony na skarpie, u zbiegu Włodzicy i Ścinawki, góruje nad piękną okolicą. Nazwa "Sarny" pojawiła się właściwie przez przypadek. Tuż po drugiej wojnie światowej tutejsza ludność zaczęła używać pierwszego polskiego określenia - Szarfhik, ale się nie przyjęło. Prawdopodobnie ktoś uznał po prostu, że łatwiej wypowiedzieć "Sarny". I tak zostało, bo czego jak czego, ale saren w tej okolicy nie brakuje.



© Fundacja Odbudowy Dworu Sarny

Remont budynku bramnego


Jak książę Karol miał apetyt na Sarny, ale musiał obejść się smakiem

O Dworze Sarny w Ścinawce Górnej, położonej 17 km od Kłodzka i zaledwie 5 minut drogi do granicy z Czechami, zrobiło się głośno w 2010 roku. Media obiegła wówczas informacja, że posiadłość zamierza przejąć fundacja księcia Karola. Wiele osób już widziało w wyobraźni te koronowane głowy odwiedzające Sarny, te bale, książęce rauty... Kto wie, może nawet królowa matka, Elżbieta II, wpadłaby do Ścinawki na herbatkę...

Niektórzy mieszkańcy dworu skarżyli się wówczas w prasie, że książę zabierze im ich dom, a oni przecież tak bardzo cieszyli się, że zostaną z Karolem sąsiadami. Syn Elżbiety II spotkał się nawet w sprawie dworu z Bogdanem Zdrojewskim, ówczesnym ministrem kultury, ostatecznie jednak do zawarcia umowy nie doszło. Podobno z przyczyn formalnych. Od tego czasu cena dworu z 1,5 mln zł na początku stopniowo zaczęła spadać, a Agencja Gospodarki Rolnej nie mogła znaleźć na Sarny kupca.

Był koniec roku 2013. Martin Sobczyk z Warszawy, dziennikarz "The Wall Street Journal", akredytowany przy polskim MSZ, przygotowywał artykuł o właścicielach zamków i pałaców. Poznał gospodarzy kilku rezydencji na Dolnym Śląsku, m. in. Staniszowa, Kamieńca i Gorzanowa. To wtedy pojawiła się pierwsza myśl o kupnie dworu. Słyszał o historii Saren i planach księcia Karola, znalazł informację o przetargu na dwór, w dodatku cena była okazyjna - 550 tys. zł (po uwzględnieniu bonifikaty z tytułu wpisu obiektu do rejestru zabytków). Namówił dwóch swoich dobrych znajomych z Warszawy, radców prawnych z międzynarodowej firmy, zajmującej się nieruchomościami (m.in. dużymi centrami handlowymi) i w ostatniej chwili zgłosił ich spółkę do przetargu.

- Tak Sarny trafiły w ręce "warszawki" - śmieje się Martin (40 lat). I tłumaczy, że tak nazywają ich niektórzy sąsiedzi ze Ścinawki. Warszawska spółka jest też właścicielem innego pałacu na Dolnym Śląsku - w Łękanowie i stworzyła fundacje, zajmujące się odbudową zakupionych zabytków. - Więcej pałaców nie mamy. Gdzieś musi być przecież granica tego szaleństwa - żartuje Martin.


© msz

Martin Sobczyk, w tle Dwór Sarny

Co ciekawe, szybko okazało się, że chętnych na Sarny było więcej. Ktoś chciał nawet odkupić dwór od nowych właścicieli, ale odmówili. - Skontaktował się też z nami prezes fundacji księcia Karola. Czułem, że bardzo żałuje, iż nie udało im się przejąć dworu - mówi Sobczyk. - Spotkaliśmy się nawet w Londynie, mamy wspólne plany dotyczące wydania albumu o zamkach i pałacach - dodaje.

Jak warszawiacy postawili na przygodę, czyli prawdziwe życie

Według niego Agencja Gospodarki Rolnej miała problem ze sprzedażą dworu, bo mieszkało tam kilka rodzin i trzeba było je wykwaterować. Burmistrz Radkowa obiecał jednak pomoc w znalezieniu dla nich mieszkań, a nowi właściciele Saren mu zaufali. Chcą odrestaurować dwór, otworzyć go dla zwiedzających i zorganizować w nim centrum kulturalne z salą koncertową. A w późniejszych latach również hotel.


© msz



To gigantyczne przedsięwzięcie, bo do tej pory Sarny sukcesywnie popadały w ruinę. Niektóre budynki częściowo się zawaliły, a ze środka wykradziono dosłownie wszystko, co się dało, łącznie ze stropami, podłogą i metalowymi schodami. W XVIII-wiecznej kaplicy św. Jana Nepomucena, ozdobionej freskami barokowego artysty Johana Franza Hoffmanna mieszkańcy składowali łódki, rowery i różne graty. Śmiało można powiedzieć, że ktoś, kto zobaczył w zrujnowanych Sarnach salę koncertową i centrum kultury, jest wizjonerem. Albo fantastą.


© msz



Nie wierzyli w to także okoliczni mieszkańcy. Dopiero kiedy nad walącym się spichlerzem pojawił się nowy dach, a zamek z odrestaurowaną elewacją budynku bramnego został nocą oświetlony, co niektórym otworzyły się oczy.

Dlaczego warszawiacy zdecydowali się na kupno Saren? - Pomyślałem, że to będzie wielka przygoda. Nie musimy żyć z tego zamku, bo pieniądze zarabiamy gdzie indziej. To dla nas odskocznia o warszawskiego, korporacyjnego życia, pełnego pośpiechu, maili, nieustannych telefonów. Wielka przygoda - mówi Marcin Sobczyk, który pochodzi z Wrocławia, skończył studia prawnicze w Toruniu, a teraz pracuje w Warszawie jako dziennikarz polityczno-gospodarczy.
- Kiedyś jechaliśmy samochodem z moim wspólnikiem i jego żoną z Warszawy do Ścinawki. I kiedy dotarliśmy do Kotliny Kłodzkiej, kolega wykrzyknął: "Patrz, jak tu pięknie! To jest prawdziwe życie".


© msz



Jak Sarny zaczęły odzyskiwać blask, a dusza świętego uleciała do nieba

W Sarnach praca wre. Robotnikom przygląda się bacznie bocian ze swojego gniazda (nowi właściciele postanowili zostawić je na szczęście). Spotykamy się z Martinem Sobczykiem przy zamkowej bramie. Przy wejściu udało się odsłonić oryginalny, prawdopodobnie XIV wieczny bruk. Budynek ma już nową elewację i taras z ceglanym, neogotyckim krenelażem.

- Kiedy tu przyjechaliśmy, wnętrza zamku były obrazem nędzy i rozpaczy - opowiada Martin. - W środku znajdowały się trzy mieszkania, najpiękniejsze architektoniczne detale zasłaniały brudne tapety i panele z czasów PRL-u. Ściany były zgnite, śmierdzące, kominki zamurowane. Widać było ślady po pożarze, na szczęście więźba nie poszła z dymem - dodaje. - Z piwnic wywieźliśmy tony gruzu i pustych butelek, a schody zrobiliśmy z materiałów pochodzących z noworudzkich kamieniołomów, które kiedyś należały do hrabiowskiej rodziny von Götzenów, dawnych właścicieli Saren.







Teraz w budynku bramnym widać już dawne zdobienia na ścianach, wnętrza zostały uprzątnięte, są nowe okna, a na odtworzonym tarasie Martin Sobczyk pokazuje nam miejsce, gdzie kiedyś mieściła się latryna, służąca zamkowej straży. - Jeszcze w tym roku chcielibyśmy otworzyć tę część zamku dla zwiedzających - mówi. - W planach są też sale muzealne i niewielka kawiarnia dla turystów. Ten remont to dla nas poligon doświadczalny, co chwilę coś ciekawego się tu odkrywa - dodaje. - Początkowo myśleliśmy, że renowacja bramnego budynku potrwa pół roku, dziś wiem, że była to neoficka naiwność. Ale w przypadku remontu zabytków, pośpiech też nie jest wskazany.


© msz



Z budynku bramnego przechodzimy do dworskiej kaplicy św. Jana Nepomucena. Powstała w I połowie XVIII wieku, kiedy na kamiennej klatce schodowej nadbudowano ośmioboczną wieżę z cebulastym hełmem (dziś niestety grozi jej zawalenie). Zdobiące ją freski Hoffmanna, przedstawiające sceny z życia i męczeńskiej śmierci św. Jana Nepomucena, do dziś zapierają dech w piersiach i są nawiązaniem do twórczości wielkiego Michała Willmanna. Jan Nepomucen jest patronem spowiedników, mostów i tonących. Jak wieść niesie, został za karę strącony z mostu do Wełtawy, bo odmówił wyjawienia sekretów Zofii Bawarskiej, której był spowiednikiem, królowi czeskiemu, Wacławowi IV (ten podejrzewał żonę o niewierność). W kaplicy można zobaczyć scenę, jak duszę Jana Nepomucena unoszą do nieba anioły.


© msz



Na ścianie, w pobliżu ołtarza jest też tablica upamiętniająca przedwcześnie zmarłą żonę ostatniego prywatnego właściciela Saren - profesora Popplera. Jego rodzina została stąd wyrzucona zaraz po wojnie przez Armię Czerwoną. Żołnierze splądrowali dwór, a Sarny stały się PGR-em. Tak rozpoczął się ich stopniowy upadek.

Jak potomkowie cesarskiego generała rozbudowali Sarny i który z nich miał krew na rękach

Dziś właściciele Saren starają się, by świątynia (wspólnie Bazyliką Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Wambierzycach) została uznana przez prezydenta RP za Pomnik Historii. Oba zabytki łączy osoba fundatora - Jana Franciszka Antoniego von Götzena. To właśnie jego rodzina, począwszy od 1661 roku, miała największy wpływ na rozbudowę dworu. Götzenowie należeli do młodych rodów śląskich, które po wojnie trzydziestoletniej w nagrodę za oddaną służbę otrzymały od cesarza tytuły i majątki.

"Podobnie było ze Ścinawką Górną i Sarnami - czytamy w "Kronikach Ścinawki Górnej". - Pierwszy ich właściciel z tego rodu, hrabia Jerzy von Götzen, był potomkiem Jana von Götzena, generała cesarskiego, zasłużonego podczas wojny trzydziestoletniej. Ponieważ dwór w Samach był najokazalszą budowlą w dobrach katolickiego rodu Götzenów (była jeszcze linia protestancka), awansowała ona do rangi rezydencji rodu. Awans ten powodował konieczność, odpowiedniej do rangi właścicieli, przebudowy i rozbudowy dworu".


© msz


Stało się to po roku 1661 i na początku XVIII wieku. Samy przebudowano w stylu barokowym. W 1875 roku hrabia Adolf von Götzen postanowił sprzedać swoje dobra w Ścinawce. Jest on zresztą "czarnym charakterem" w historii rodu i spokojnie mógłby tu straszyć. Urodził się w Sarnach, ale wyjechał stąd i zrobił karierę wojskową. Został gubernatorem niemieckiej kolonii w Afryce Wschodniej, gdzie krwawo stłumił rebelię lokalnej ludności. W zależności od źródła ocenia się, że zginęło wówczas od 75 tys. do 300 tys. powstańców. Większość jednak zmarła nie od kul, tylko z głodu, bo niemieckie wojska spaliły im domy i pola.

Jak robotnicy naprawiali dzwon w wieży i co zobaczył w spichlerzu nowy właściciel

Świątynia św. Jana Nepomucena w Sarnach do dziś ma świetną akustykę. - Zorganizowaliśmy tu koncerty i szkołę muzyki dawnej - mówi Martin Sobczyk, który sam śpiewa w męskim zespole Gregorianum. - To miejsce świetnie nadaje się do występów.


© Fundacja Odbudowy Dworu Sarny



Z kaplicy przechodzimy na wieżę. Kiedyś znajdował się tu niewielki dzwon. Na ścianie do dziś można zobaczyć napis wykonany przez niemieckich robotników w 1954 roku, którzy go naprawiali: "Piękny dźwięk, co stwierdzam szesnastoma uderzeniami młota" - napisał jeden z nich.

Pochodzący z XVI wieku, trzypiętrowy spichlerz również miał być symbolem potęgi von Götzenów. Okazały budynek w kształcie rombu częściowo się zawalił. Dziś, m. in. dzięki wsparciu urzędu marszałkowskiego, udało się odbudować dach, ale nowi właściciele starają się o dofinansowanie z Unii. Na dokończenie remontu potrzeba jakieś 3,5 mln zł. Powstanie tu sala koncertowa na 200 osób. - Profesor, z którym się konsultowaliśmy, wszedł do tego ogromnego spichlerza i wykrzyknął: "Wygląda jak Biedronka!". A ja zobaczyłem tu salę koncertową - śmieje się Sobczyk. I dodaje: - Może na razie trudno w to uwierzyć, ale w myślach wiele razy już tu śpiewałem.


© Fundacja Odbudowy Dworu Sarny



Jak pani Irena została hrabiną z Saren i zobaczyła Białą Damę


Z letniego pałacu, należącego niegdyś do von Götzenów, rozlega się ładny widok na zamek i ogród, zaprojektowany przed laty przez Eduarda Petzolda, znanego architekta parków i ogrodów. Jego właścicielka, Irena Wlizło, prowadzi tu małą agroturystykę. Jak sama mówi, we wsi nazywają ją, nieco złośliwie, "Hrabiną z Saren". Przyjechała tu 20 lat temu z Zabrza. - Od razu pokochałam to miejsce, jestem tu szczęśliwa - mówi, pokazując "Arkadię", malowidło Hoffmanna na suficie pałacowego pokoju. - To jest salon biustów - dodaje ze śmiechem. - Ma się wrażenie, jakby te postacie oddychały.


© msz

Widok z zamku na ogród i letni pałac

Na ścianach wiszą portrety von Götzenów, którzy mieszkali tu w XVII wieku. W tle słychać piosenkę Bruno Marsa, bo pani Irena jest kobietą nowoczesną. Właśnie wróciła z sanatorium w Ustce i nie może się nachwalić nowych właścicieli. - Zamek pięknieje nam z dnia na dzień. A Marcin to taki nasz nowy von Götzen - śmieje się. I przekonuje, że w jej domu od czasu do czasu pojawia się Biała Dama, jak przystało na pałac z prawdziwego zdarzenia. - W zamku też jakiś duch się znajdzie, bo to miejsce jest po prostu magiczne - dodaje. - Czy czujecie tę niezwykłą energię?

Czują ją na pewno nowi właściciele Saren. I choć remont dworu potrwa jeszcze wiele lat, nie mają wątpliwości, że warto w to miejsce inwestować. - Turystów w Kotlinie Kłodzkiej na pewno nie zabraknie. Wystarczy zarzucić wędkę - kończy Martin.

Mariola Szczyrba, dziennikarka naszemiasto.pl

Zdjęcie główne: źródło Fundacja Odbudowy Dworu Sarny

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!